Premier spotkała się z mieszkańcami. Większość stanowili Kirgizi, bo Uzbecy, którzy najbardziej ucierpieli w czasie zamieszek, wciąż boją się wychodzić poza swoje zabarykadowane dzielnice. Otunbajewa obiecała całkowicie odbudować miasto i sprowadzić z powrotem uchodźców. Z regionu już wyjechało ponad 400 tys. osób. Uciekają Uzbecy, ale także Kirgizi, Tatarzy i Rosjanie.
Otunbajewa potwierdziła, że według informacji rządu zamieszki wywołali pochodzący z okolic Oszu krewni obalonego w kwietniu prezydenta Kurmanbeka Bakijewa. Pieniądze i broń dla najemników - prowodyrów pogromów - miał dostarczyć aresztowany kilka dni temu w Wlk. Brytanii prezydencki syn Maksim.
Dziś Biszkek domaga się od Londynu jego wydania. Kirgiski wicepremier Azimbek Beknazarow zagroził nawet, że jeśli tego nie zrobi, Kirgizja wymówi
USA dzierżawę bazy lotniczej w Manas, bez której siłom NATO bardzo trudno będzie prowadzić wojnę w Afganistanie.
Na południu sytuacja powoli się uspokaja. Dziś najpilniejszym zadaniem jest dostarczenie pomocy w rejon konfliktu. Niezależne media donoszą, że nie dociera ona do najbardziej potrzebujących. Według portalu 24.kg dary dowiezione 19 kamazami z Biszkeku zamiast do ofiar trafiły do miejskich radnych Oszu. W mieście cały czas obowiązuje stan wyjątkowy i godzina policyjna. Tak samo jest w sąsiednim Dżalalabadzie.
Władze wciąż się boją, że etniczne zamieszki mogą wybuchnąć w innych regionach Kirgizji. Niepokoi je także, czy zdołają ochronić strategiczne obiekty kraju. W tym celu Otunbajewa wciąż wzywa Rosję, by wysłała jej siły pokojowe do pomocy.
Rosja konsekwentnie dotąd odmawiała, choć nie wykluczała, że wyśle do Kirgistanu "specjalistów od bezpieczeństwa".
"W sprawie sił pokojowych zwracaliśmy się tylko i wyłącznie do Rosji. Od Amerykanów chcieliśmy jedynie pożyczyć wozy opancerzone z bazy Manas, bo własnych mamy zaledwie dziewięć" - mówiła wczoraj rosyjskiej gazecie "Kommiersant" Otunbajewa. Wieczorem ogłosiła w orędziu radiowym, że rosyjscy żołnierze na prośbę jej rządu będą pilnowali "niektórych obiektów strategicznych" w kraju. Nie powiedziała jednak, o jakie obiekty chodzi i jak wielu żołnierzy z Rosji wjedzie do Kirgizji.
Mimo kryzysu rząd nie zamierza przekładać zaplanowanego na 27 czerwca referendum. Miało ono zatwierdzić poprawki do konstytucji, które zmieniałyby obowiązujący w Kirgizji system prezydencki na bardziej parlamentarny, oraz powołać Otunbajewą na tymczasowego prezydenta państwa do końca 2011 r. Nie wiadomo, czy głosowanie odbędzie się w regionach dotkniętych konfliktem.
Z tego powodu niektóre organizacje pozarządowe i niezależni politycy krytykują tymczasowe władze. - Dziś setki tysięcy obywateli mieszkają w gettach, kirgiskich lub uzbeckich. Nie mogą wyjść ze swoich dzielnic, czasem nawet za drzwi swoich mieszkań. Brakuje im wody, chleba. W takich warunkach przeprowadzanie referendum uważam za niemoralne - stwierdził Edil Bajsałow, który tuż po powołaniu tymczasowego rządu Otunbajewej był jej bliskim współpracownikiem.
Jednak wielu Kirgizów uważa, że tylko mocny mandat demokratyczny, jaki obecna premier może uzyskać dzięki referendum, pozwoli jej opanować trudną sytuację w kraju.